Wiecie jak dzisiaj w szkole się napracowałam? Jeju! Lekcje do 16 mnie wykańczają. Po pięciu dniach tej męczarni, nie wiem za co mam się zabrać! W weekend wyglądam jak jakieś zombie. Na pierwszych 4 lekcjach jeszcze daję radę, ale na 5 godzinie nie mówmy już o tej 8...
Mam nadzieję, że u Was nieco lepiej? :)
Mniejsza o szkołę, dzisiaj przychodzę do Was z wyjątkowym postem, który pewnie Was zaciekawi, nie jedna osoba może po nim zmienić o mnie zdanie, ale trudno- liczy się szczerość, prawda? :)
Ostatnio dość często rozmyślam na temat mojego największego wroga. Zaciekawiłam Cię? To super, bo chciałabym dzisiaj o tym "kimś" opowiedzieć.
Moim największym wrogiem jest dziewczyna, w moim wieku. Znamy się całkiem długo, od zawsze chodzimy do tej samej klasy. Wiem o niej całkiem sporo, dopóki mnie porządnie nie zaskoczy (a uwierz, że potrafi...). Z wyglądu przeciętna, ujdzie w tłumie. Co mogę powiedzieć o jej osobowości? Uparta, zawzięta, a co gorsza- bardzo denerwująca. Jeju! Naprawdę podziwiam każdego, kto potrafi z nią wytrzymać dłużej niż jeden dzień, bo ja nie mam do niej siły! Jedyne czego mogę jej zazdrościć to szczęścia, tego częstego uśmiechu. Taka z niej wariatka, czasami zachowuje się dziecinnie. Tyle razy już widziałam, gdy śmieje się z niczego. To takie żałosne! Taka "stara", a tak niedojrzała...
To JA jestem SWOIM największym wrogiem, to właśnie o SOBIE












